Jeśli wrażeń cię głód zagna kiedyś na wschód…


Mój pobyt w Krakowie logistycznie rozplanował Tabaluga. Większą część programu zajmowało ma się rozumieć jedzenie (o kiełbaskach z niebieskiej Nyski, serniku w Sempre przy Brackiej i gorącej jajecznicy w taksówce trudno mi będzie zapomnieć). W piątkowy wieczór zaraz po moim przyjeździe do Krakowa (ale rzecz jasna po wcześniejszym obieeedzie) wzięliśmy udział w treningu MKŁ Krakowianka. Po rozgrzewce, przekładankach, crossrollach przodem, tyłem z twizzlami itp., itd., szlifowałam sobie kombinację skoków salchow&rittberger. W sobotę rano kibicowaliśmy rolkowym maratończykom biorącym udział w VI edycji Otwartego Dnia Wrotkarstwa w Krakowie „70 nie tylko dla Orłów”. Wdrapaliśmy się też na Kopiec Kościuszki, wprawdzie nie było pięknie przewiane, ale miło było spojrzeć na Błonia z góry. ‚Krakowska łąka’ ma obwód ok. 3587 metrów i to właśnie wokół niej zawodnicy mieli do przemierzenia na rolkach 70 km, czyli 20 okrążeń Błoń. A to, co wyprawiały m.in. Klaudia Hartmanis i 3 (!) siostry Czaple  między kubeczkami to… z resztą zobaczcie sami, bo na to brak słów.

a tu skrót występów jednego z uczestników imprezy – > FREESTYLE <- robi wrażenie O.o

Potem trzeba było oczywiście coś zjeść 🙂 W drodze na obiad zobaczyłam Wawel i zwiedziłam Rynek. Zajrzeliśmy na chwilę do Kościoła Mariackiego (ołtarz Wita Stwosza widziałam dotychczas tylko na zdjęciach) i do Kościoła św. Franciszka, aby zachwycić się witrażem Wyspiańskiego, który też znałam do tej pory tylko z fotografii umieszczanych w  podręcznikach do języka polskiego. A na krakowskim Rynku, na fortepianie grał sobie Pan Biała Rękawiczka, zewsząd słychać było stukot kopyt koni ciągnących bryczki, a bliskość ulicy Brackiej zmuszała mnie do nucenia pod nosem Turnaua. Sobota to też 3 godziny spędzone na ślizgawkach, podczas których udało nam się nawet odtańczyć legendarny (tak wiem, dla mnie wszystko jest legendarne) gangnam style na lodzie. Co do Flipa to nadal skaczę go pół, ale do końca roku obiecałam sobie zafundować taki trening, aby zrobić już pełny skok. W niedzielę o 11 zaliczyliśmy jeszcze jedną półtoragodzinną jazdę na łyżwach, podczas której również nie obyło się bez motywu jedzenia  (mam na myśli rzucane na taflę cukierki Adama).

Serdecznie dziękuję rozwielitkowej ekipie za rozwiązywanie Czarnych Historii, ale przede wszystkim za okazane mi przez Was ciepełko i gościnę. Czujcie się oficjalnie zaproszeni do Wrocławia, chcę się odwdzięczyć.

bo w Krakowie na Brackiej pada deszcz
gdy zagadka istnienia zmusza mnie do myślenia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez
bo w Krakowie na Brackiej pada deszcz

bo w Krakowie na Brackiej pada
pada deszcz
pada deszcz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *