Aleksandra – ” Potrzebne są tylko chęci i upór. I setki godzin na lodzie.”


Jako szesciolatka marzylam o lyzwach i probowalam w swoim pokoju krecic piruety

Zaczęło się dość niewinnie, pod koniec stycznia, dwa lata temu. Zadzwoniła znajoma i od niechcenia rzuciła:

-Nudno nam. Cho na łyżwy, co?

– Khe, khem, ale że gdzie?! Że na co? Aaale że ja? Toż ja się zabiję…

-Oj tam, oj tam, najwyżej cię zeskrobiemy z lodu…

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy, nie? Jako sześciolatka marzyłam co prawda o własnych łyżwach, siedziałam jak zaczarowana przed TV, wpatrzona w artystów w błyszczących kostiumach i nawet próbowałam w swoim pokoju kręcić piruety (dopóki nie rozwaliłam nogi o szafkę, co nieco ostudziło mój zapał), ale… Najbliższe lodowisko było jakieś 200 km od domu, więc był to sport raczej nieosiągalny… Potem, jakoś koło 20-stki – nawet przemknęła mi myśl, że może by jednak spróbować, ale szybko doszłam do wniosku, że po co? Przecież skoro nie zaczęłam w wieku czterech lat, to i tak nic już nie osiągnę, że za stara już jestem na sporty, zwłaszcza wyczynowe… Teraz już wiem, że przez durne stereotypy zmarnowałam sobie dobre dziesięć lat. Dziesięć lat, w czasie których mogłam nauczyć się wszystkich (pojedynczych co prawda) skoków, a przy odrobinie szczęścia – to może nawet Axla i części podwójnych. No, ale czternaście lat temu o amatorskim łyżwiarstwie figurowym niewiele osób w Polsce choćby słyszało…

ola c.

Wyposazona w minimum wiedzy i rekawiczki stanelam na lodzie.

Ale dość dygresji. Spanikowana odpaliłam wtedy na szybko kompa i zasypałam wujka Gugla pytaniami. Jak się ubrać? Jak się poruszać? Jak się podnieść? (Szkoda, że nie wpadłam wtedy na pytanie: „jak się przewrócić?”, oszczędziłabym sobie półtora roku siniaków na łokciach, kolanach i innych dziwnych miejscach oraz dwóch bolesnych urazów kości ogonowej. Podpowiedź: przysiad. Po prostu zrób przysiad, albo przynajmniej spróbuj go zrobić – dzięki temu nie przewrócisz się do tyłu, a o lód uderzysz z mniejszej wysokości. Serio. Boli znacznie mniej).

Wyposażona w minimum wiedzy i rękawiczki stanęłam na lodzie. (Rękawiczki noś zawsze. Jeśli nie wierzysz, że są potrzebne – możesz spróbować bez. Kiedy lód powbija Ci się w dłonie jak szkło – uwierzysz. Ochraniacze siatkarskie na kolana są opcjonalne, ale na początku bardzo pomogą). Po piętnastu minutach walki i kilku upadkach byłam w stanie się ślizgać. Hamowałam głównie na bandach, wszak nikt mi nie powiedział, że istnieje T-stop. Po pół godzinie znudziło mi się jeżdżenie w kółko, postanowiłam nauczyć się jeździć tyłem. Że ja nie dam rady? Wciągnęło mnie. Dwa tygodnie i kilkanaście filmików z cyklu „how to ice skate backwards” później – przemieszczałam się do tyłu. Dwa miesiące później nauczyłam się patrzeć gdzie jadę. Strach się bać, co by było, gdyby nie ta życzliwa dusza, która wrzasnęła mi wtedy do ucha: „patrz, gdzie jedziesz!!!”. Do tej pory żal mi wszystkich tych, na których wpadałam, ale na żadnym filmiku nie mówili, że trzeba się oglądać. 😀

Upadek za upadkiem... rzezbilam krawedzie

A potem doznałam objawienia. Zobaczyłam na lodzie Anię. Kręciła piruety, skakała i robiła nogami mnóstwo dziwnych rzeczy, na które nie nadążałam nawet patrzeć. Jako, że nie należę do szczególnie śmiałych, sprawę załatwił znajomy Brytyjczyk. Podjechał, powiedział, że podziwiam, że chciałabym tak samo i czy nie mogłaby mi czegoś podpowiedzieć. Mogła. Pokazała mi, że płoza ma krawędzie. Nawet dwie. I że zanim zacznę piruety, to może powinnam jednak najpierw popróbować jeździć po łukach. Na wewnętrznej i zewnętrznej, i przodem, i tyłem…

Upadek za upadkiem rzeźbiłam krawędzie. Zapisałam się na szkółkę (gorąco polecam, bo dobre podstawy znacznie ułatwią późniejszą naukę). Chwiejnie stawiając pierwsze kroki w grupie początkującej uparcie zezowałam na „zaawansowaną”. One robiły trójki i mohawki – i nie ważne, że nie wiedziałam, jak to się nazywa – następnego dnia szłam na ogólną ślizgawkę i próbowałam robić to samo. Każda udana trójka (jedna na kilka upadków i bluzgów pod nosem…) przybliżała mnie do celu. Choć jaki był ten cel – jeszcze nie umiałam powiedzieć.

Potem wpadłam na Dudi. Zasypałam ją pytaniami typu: „Od jak dawna jeździ?”, „A kto ją uczy?”, „Ale że jak to sama?”, „Zawodowo?”, „Ale jak to amatorsko, to amatorzy mogą tak jeździć?!” „Ale to tak dla siebie, czy na jakieś zawody?” „A skąd wie, jak to wszystko razem poskładać?”, „Ale jak to z INTERNETU?!”

W międzyczasie skończył się marzec 2013. Skończył się lód. Zaprzyjaźniłam się z internetem na dobre, zamiast na tafli siedziałam po dwie godziny dziennie z nosem w kompie i ćwiczyłam na sucho, przezornie odsuwając szafki. Ziggy doposażył mnie w kilka ciekawych linków (m.in. tulup.ru i fsuniverse.net). Odświeżyłam rosyjski. Poszerzyłam angielski słownik o mnóstwo łyżwiarskich terminów. Przez pomyłkę nawet włoski gdzieś mi się tam zaplątał. Chłonęłam wszystko. A nawet więcej. I pieczołowicie odkładałam na porządne łyżwy, bo to niestety niezbędny wydatek w tym sporcie, a tanie nie są (ale łyżwy to jedyny duży wydatek i kupujesz je raz na klika dłuuugich lat. Przy okazji – ostrzymy je w Warszawie lub Katowicach, bo niestety mało kto potrafi to zrobić porządnie i nie zepsuć cennej płozy).

W październiku 2013, gdy zaczął się sezon godziny spędzone w necie i niezła teoria zwróciły się po wielokroć. Wchodziłam na lód i… Robiłam ekspresowe postępy. Poszłam na kolejną szkółkę, ale jeszcze dobrze nie zaczęłam, a już skończył mi się poziom. Zostały oglądane dziesiątki razy filmiki i sporadyczne korekty dziewczyn z lodowiska, zerkających od czasu do czasu z zainteresowaniem, bo jednak co chwilę przynosiłam na taflę coś nowego.

Czy trudno było być (prawie) samoukiem? Wtedy myślałam, że nie. To co robiłam dwa lata czy rok temu wydawało się oczywiste. Teraz, po dwóch treningach indywidualnych u trenerki z prawdziwego zdarzenia (jeżdżę do Łodzi – to wcale nie tak daleko i nie wbrew temu, co myślisz, nie kosztuje mnie to majątku 😉 ) sama się trochę dziwię, że mogłam, mogłyśmy (bo od jakiegoś roku uczę się też wspólnie z Marleną) tyle zrobić. Bez fachowego oka, bez korekty, wsparcia, porady, no prawie bez, bo czasem wspomogła nas Dudi, a od października 2014 mnóstwo czerpiemy też od Justyny. Ale wiecie co? Da się.

Można samemu napisać sobie program (choć fachowy szlif trenerki bardzo tu pomoże, zwłaszcza za pierwszym razem i wcale nie kosztuje nie wiadomo ile). Można nie należeć do żadnych klubów, praktycznie nie mieć dostępu do pustej tafli i wyjeździć ten program do bólu, między dobrą setką ludzi, na ogólnych ślizgawkach, na zrytym lodzie z dziurami i bąblami. Jak pokazuje przykład Dudi – można i złoto przywieźć z zawodów. I to z niejednych 🙂 Obozy łyżwiarskie pomagają, ale pewnie można i bez nich, pierwszy dopiero przede mną (toruńskie FigurujeMy, adresowane typowo i wyłącznie do dorosłych amatorów). Relacja już w lutym.

Teraz i mnie coraz częściej zasypują na lodowisku pytaniami: „od jak dawna jeżdżę?”, „a kto mnie uczy?”, „ale to zawodowo?”, „ale jak to amatorsko, TO AMATORZY MOGĄ TAK JEŹDZIĆ?!”. Mogą. Wielu jeździ po stokroć lepiej, stanowiąc wzór i niedościgniony ideał, a żeby się o tym przekonać wystarczy obejrzeć filmiki np. z ostatnich, warszawskich zawodów Walley Cup.

Bo nic tak nie dodaje skrzydel, jak pasja. Zwlaszcza ta, ktora sprawia, ze prawie codziennie latasz. Wiec jesli sie wahasz - to przestan!

Ale tak naprawdę potrzebne są tylko chęci i upór. I setki godzin na lodzie. Przed pracą, bo akurat ferie i rano nie ma szkół, po pracy, bo trzeba odpocząć, po biegu, bo mięśnie rozgrzane, gdy ktoś Cię wkurzy, bo nigdzie lepiej nie odreagujesz, gdy masz lenia, bo nic Cię lepiej nie zmobilizuje. Na lodzie przeżywałam żałobę po bliskich, na lodzie skakałam z radości po mniejszych i większych sukcesach. Szłam się zmęczyć, szłam odpocząć, naładować akumulatory albo się zajeździć i potem w domu paść.

Dzięki lodowisku poznałam najcudowniejszego człowieka pod słońcem (i, zdaje się, nie ja jedna zawdzięczam tafli udany związek 😉 ), nawiązałam znajomości, które rozwijają i mogą przerodzić się w przyjaźnie na lata. Rodzina i przyjaciele o ile nie zarazili się bakcylem – patrzą z radością, dzielą niewielkie nawet sukcesy. Trzymają kciuki przed pierwszymi zawodami, które już prawie tuż, tuż – bo w kwietniu. Czasem tylko ktoś ledwie znany – zapyta: ale Tobie się tak chce? To warto?

Warto, moje miłe, moi mili. Bo nic tak nie dodaje skrzydeł, jak pasja. Zwłaszcza ta, która sprawia, że prawie codziennie latasz. Więc jeśli się wahasz – to przestań. Zakładaj łyżwy (na początek choćby byle jakie, byle miały naprawdę sztywną kostkę) i wpadaj na wrocławską taflę. I (jeśli akurat nie mamy słuchawek w uszach 😉 ) nie bój się pytać – w końcu my też zaczynałyśmy pytając.

Aleksandra C.

``Obalamy mity!``

pozostale historie amatorow lyzwiarstwa figurowego

Zobacz

inne historie