Chorwacja. Na tafli słonej wody. Ožujsko, oliwa, rakija i skaliste plaże.


10453314_853470758020523_357754548635845610_nWyjechaliśmy nad ranem, w środę przedostatniego dnia lipca. Najpierw w upale, a później w silnym deszczu, którego nie nadążały odpychać z przedniej szyby wycieraczki czarnej Hondzi.

ie godziny przed zachodem słońca dotarliśmy do niewielkiego miasteczka Nin na północy kraju, niedaleko wyspy Pag, którego historia, jak się później okazało wiąże się przede wszystkim z wydobywaniem i eksportem soli. Co ciekawe, udało nam się znaleźć lokum, zaraz przy Muzeum tego surowca. Wjeżdżając do Ninu rozpostarł się przed nami widok Gór i morza. Przy jego brzegu zgromadzili się mieszkańcy miasta i turyści, obserwując bojaźliwie powywracane przez nawałnicę łódeczki.

Nie zdążyliśmy jeszcze wysiąść z samochodu, a już zaczęła machać do nas uśmiechnięta Chorwatka w średnim wieku. Zaskoczeni, podeszliśmy do niej, a ona od razu zawołała koleżankę, która zaoferowała nam nocleg. Zaprowadziła nas do swojego domku i pokazała ładny apartament z balkonem, łazienką i kuchnią. Był nawet telewizor (polskie seriale z chorwackimi napisami – bezcenne).  Rewelacja. Mieszkaliśmy, a właściwie to tylko nocowaliśmy w nim, aż do poniedziałku (4.08).

Zmęczeni długą podróżą, ale i zadowoleni, że tak szybko udało nam się znaleźć kwaterę, albo raczej, że to ona tak szybko znalazła nas, rozpakowaliśmy bagaże i wybraliśmy się na krótki spacer uliczkami uroczego Ninu.

 

Dzień 1.

Pierwszy dzień w Chorwacji postanowiliśmy spędzić bardzo nietypowo… poszliśmy na plażę :-). W zasadzie to pojechaliśmy na taką kamyczkowatą niedaleko miasta Zaton.

Jeśli kiedyś wybierzecie się do Chorwacji, uważajcie na oszustów, którzy próbują naciągać turystów i proponują im wymianę euro na tamtejszą walutę kuny lub złotówki na kuny. Wiedzą, że ludzie przyjezdni nie zawsze orientują się, jak dokładnie wygląda każdy nominał chorwackich banknotów i mogą wciskać im bardzo podobne np. bułgarskie nominały 500. Najlepiej z takimi w ogóle nie rozmawiać.

Nad słoną wodą na kamienistej plaży, bardzo przydały nam się karimaty i specjalne buty. Woda jest naprawdę bardzo słona, szczypie w oczy, nos i gardło, a kiedy wysycha zostawia na ciele lub ciemniejszym kostiumie kąpielowym, białe szlaczki.

Mnóstwo, mnóstwo było tam Polaków. Bardzo często mijaliśmy auta z polskimi blachami, widzieliśmy też wielu zwiedzających polskich turystów. Było ich chyba więcej niż Czechów czy Niemców lub po prostu, być może bardziej zwracali oni naszą uwagę.

Popływaliśmy, pokonywaliśmy falę na naszych materacach, a rzeczy przypilnowali nam … Polacy, którzy akurat rozłożyli się koło nas.

Kiedy tak siedzieliśmy na plaży, zaczepił nas gościu. Turystyczny agent ze statku MIRO, proponując nam rejs z Zatonu na wyspę Dugi Otok w sobotę rano. Śniadanie na statku i rybka na półwyspie Veli Rat w cenie. Po dłuższym zastanowieniu, zapisaliśmy się na tę wycieczkę, wpłacając 100 kun zaliczki.

Wracając z beachowania kupiliśmy wielgachnego arbuza na przydrożnym straganie, gdzie oprócz owoców, lokalni sprzedawcy oferują oliwy z oliwek własnej roboty, czosnek, pomidory, miody, owcze sery, wino, a spod lady to i czasem coś mocniejszego jak tutejsza gorzałka Rakija. My trafiliśmy na wiśniową, ale słyszeliśmy też o orzechowej.

DSC_0790

Pół kilometra za Ninem w kierunku Zadaru, na pagórku położony jest mały, biały romański kościółek świętego Mikołaja (crkva sv.Nikole) Odbywały się tu koronacje chorwackich władców. Świątynię wieńczy kamienna korona z blankami, dodana w obawie przed atakiem Turków.

Dzień 2.

Drugiego dnia pobytu, urządziliśmy sobie wypad samochodem do Narodowego Parku Krka.

Auto zostawiliśmy na parkingu, a do miejsca , w którym zaczyna się wędrówka po parku dowiózł nas po wąskiej, krętej drodze busik, który ledwo mijał się z tymi nadjeżdżającymi z naprzeciwka!

To właśnie tutaj jest możliwa legendarna, orzeźwiająca kąpiel u podnóża najszerszego wodospadu o nazwie Skradinski Buk. Znajduje się on nieopodal miejscowości Skradin, w której mieści się jedno z wejść do parku. Kaskady można podziwiać z drewnianych pomostów zbudowanych wzdłuż rzeki i nad nią.

 

W korycie rzeki Krka podobnie jak pomiędzy Jeziorami Plitwickimi, powstały progi skalne zbudowane z trawertynu. Spływające wody rzeki tworzą w tych miejscach niezwykłe wodospady. 

Stamtąd stateczkiem wypłynęliśmy na malutką wyspę Visovac, na której od roku 1445 stoi kościółek Franciszkanów. To oni zasadzili tam piękne rośliny i urządzili tę wysepkę. Żyją na niej pawie, bażanty, kury i kaczki. Znajduje się tam kameralne muzeum ze znaleziskami archeologicznymi i bogata biblioteka z kilkoma historycznymi manuskryptami.

Wyspa Visovac nazywana jest miejscem spokoju i modlitwy, Franciszkańską fortecą duchowości i wiary. Po jej zwiedzeniu, wróciliśmy do Parku, oczywiście na kąpiel pod Skradinskim Bukiem, z którego jakiś szalony, młody człowiek skoczył na główkę, za co dostał brawa turystów. Wysłaliśmy pocztówki i wróciliśmy do Ninu.

Dzień 3.

O 8 rano dnia trzeciego weszliśmy na pokład statku MIRO i udaliśmy się w niezapomniany rejs na wyspę Dugi Otok. Ten dzień, spośród dziesięciu spędzonych w Chorwacji, podobał mi się chyba najbardziej. (Swoistym punktem kulminacyjnym była jeszcze eskapada do miasteczka Imotski, nad zapierające dech w piersiach, niesamowite i słodkie (!) Modre Jezioro, ale o tym napiszę nieco później).

Podczas rejsu, nie widzieliśmy wprawdzie delfinów, a podobno mijaliśmy ich „siedziby”, a facet na statku nie dał mi wina, bo wziął mnie za niepełnoletnią, ale było naprawdę bajkowo. Błękit nieba (jak to stwierdził Tomek: bezniebne chmury), lazurowo-szmaragdowa woda wokół, przepiękny widok na wyspy i nasz mały zielony pasażer na gapę….

pasazer na ga[e

Samo wspomnienie o tej wycieczce, wywołuje błogi uśmiech na mojej zjaranej słońcem mordce (zwłaszcza, że na statku mieli też rurki)

rurka

Zatrzymaliśmy się przy tunelu, który był kryjówką dla łodzi podwodnych byłej Jugosławii i później skierowaliśmy się już prosto na półwysep Veli Rat. Spędziliśmy na niej 4 godziny (od 11:00 do 15:00, a o 13:oo mieliśmy tam przygotowany ciepły posiłek: dwie pyszne rybki, kapusta, świeży chleb i sałatka ziemniaczana z cebulką. Pycha.

Na tym półwyspie jest też najwyższa na Wybrzeżu Adriatyckim latarnia morska. Nasze skoki do wody, przejrzystą wodę, nurkowanie i oglądanie rybek, wodorostów i rafek- będę pamiętać długo.

Rajski widok, jak z pocztówki. Miejsce naprawdę, jak ze snu. Szkoda tylko, że trzeba było się z niego wyrwać i wracać z powrotem na ląd. Chlip…

 

Dzień 4.

Kolejną atrakcją, jaką sobie zafundowaliśmy była wyprawa do Parku Narodowego Jezior Plitwickich.

Cud natury. 16 jezior krasowych połączonych ze sobą licznymi wodospadami. Najwyższy z nich Veliki slap spada z hukiem z 78-metrowego urwiska!  Jeziora są podzielone na 12 górnych (Gornja jezera) i cztery dolne (Donja jezera).

W sezonie odwiedza to miejsce kilka tysięcy ludzi dziennie (!) stąd ogromne kolejki po bilety (teraz już wiemy, że można było się skierować do innej kasy – otwartej na terenie Parku 🙂 a nie tej obleganej przy parkingu, za który z resztą płaci się 7 kun za godzinę, a w Parku naprawdę można spędzić spokojnie do 8 godzin, żeby zobaczyć wszystkie jeziora.

W połowie naszego zwiedzania rozpętała się straszna burza z piorunami i gradem, na szczęście jeszcze zanim rozpadało się na dobre, udało nam się przybiec na parking i schronić się w aucie. Myśleliśmy, że ten wielki grad rozbije nam szyby. Samochodom zaparkowanym obok włączały się alarmy, ludzie uciekający w tym gradzie, mieli siniaki na ciele od jego uderzeń.

Wyjechaliśmy stamtąd w kierunku Ninu, niezadowoleni, że nie zobaczyliśmy drugiej połowy wodospadów. Jednak po niecałych 2 godzinach rozpogodziło się i stwierdziliśmy: kurczaczek mamy bilety, to tam wracamy zwiedzić pozostałą część! W sumie spędziliśmy na terenie Parku jakieś 8 godzin. Na koniec dokarmiliśmy kaczki i rybki sezamkami. Porobiliśmy na drewnianych pomostach standardowo stania na rękach, mostki i inne akrobacje, przy dziwnych spojrzeniach łazików, do których już przywykliśmy i wróciliśmy do naszego apartamentu w Ninie.

Nazajutrz postanowiliśmy wyruszyć na południową część Chorwacji w okolice Makarskiej, aby tam spędzić drugą połowę naszego urlopu, dlatego cały…

Dzień 5. 

…minął nam na szukanie tzw. Sobe, czyli pokoju, noclegu. Objechaliśmy sporą część wybrzeża. Pytaliśmy w Makarskiej, Podgorze, Tučepi. Sprawdzaliśmy w Krvavicy. Szukaliśmy w  Živogošće i w naprawdę ślicznym miasteczku Igrane, gdzie młody Chorwat zszedł  z nami, krętymi stromymi wąskimi uliczkami do samego centrum i pytał znajomych, czy może u nich nie ma miejsca. Niestety. Wszystko zajęte, zapchane. Sezon w pełni i mnóstwo typa wszędzie.

W upale, wymęczeni zawróciliśmy w stronę miejscowości Omiś. Zatrzymaliśmy się w miejscowości Marušići zaraz obok Mimic i wdrapaliśmy pod górę do zielonego domku. Tomek powiedział wtedy: Ten zielony będzie nasz. I jakby zgadł 😉

Na tarasie stał starszy Chorwat, który dogadał się z nami po niemiecku. Powiedział, że ma wolny pokój, ale musimy poczekać z godzinę, aż wróci jego żona, bo musi się z nią skonsultować. No to dobra, poszwendaliśmy się trochę po okolicy. Zapukaliśmy jeszcze do kilku domostw z zapytaniem o sobe. W jednym domku otworzyli nam… no kto jak nie Polacy? 🙂 – których w przedostatnim dniu pobytu spotkaliśmy jeszcze na plaży. Okazało się, że przyjechali spod Łeby. Sympatyczna para, której na granicy powiedziano „turn around and go home”, bo dziewczynie kilka miesięcy temu unieważnił się dowód osobisty. Musieli jechać do Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Lublanie, żeby wyrobić tymczasowy paszport… Takie Polaków zagraniczne przygody.

Żona Chorwata rzeczywiście wróciła po niecałej godzinie i pokazała nam pokój z balkonem z pięknym widokiem na morze.  Z ulgą zapłaciliśmy za wynajem do soboty rano i wnieśliśmy bagaże do góry. Była godzina 19. Poszliśmy jeszcze zobaczyć, jak wygląda plaża i po całym dniu poszukiwań, zmordowani padliśmy w kimono.

 

Miasteczko Makarska oraz cała riwiera o tej nazwie to dalmatyńska stolica wakacyjnej rozrywki i beztroski. Leży u podnóża Biokova masywu górskiego będącego częścią Gór Dynarskich. Najwyższy tutejszy szczyt – Sv. Jure (1762 m n.p.m.)- jest trzecim pod względem wysokości szczytem w Chorwacji. 

Dzień 6. 

Zleciał na opalaniu i plażowaniu się niedaleko Makarskiej. Tomuś pośmigał też sobie na motorówce wodnej.

Dzień 7.

Jadąc do Imotski nie wiedzieliśmy jeszcze, jak wspaniałości nas czekają. 🙂  Myśleliśmy, że zobaczymy sobie szybko dwa jeziorka z góry i wrócimy się poplażować, no bo co więcej tu robić. Otóż nic bardziej mylnego.

Skarbem Imotski są dwa krasowe jeziora położone na północno-zachodnich rubieżach miasta , dwa cudy natury: Crvplo i Modro jezero (jezioro Czerwone i Niebieskie). Te jeziora są ulubionym miejscem wycieczek turystów i lokalnych mieszkańców pragnących zaznać spokoju na łonie natury. Modro Jezoro (jezioro Niebieskie) jest jeziorem krasowym, jednym z najpiękniejszych jezior Chorwacji, ulubione kąpielisko w sezonie letnim,  a do jeziora prowadzą schody. Jezioro często wysycha a jego dno tradycyjnie już służy za boisko do piłki nożnej.  Crvplo jezoro (jezioro Czerwone) zawdzięcza swoją nazwę czerwonym skałom na brzegu jeziora. Ta krasowa grota ma wysokość 528 m i głębokość  281m, co według niektórych danych oznacza, że jest to najgłębsze jezioro w Europie. Cryplo jezoro jest trudno dostępne z uwagi na strome ściany, które je otaczają.

Było niesamowicie!!! Woda w Niebieskim Jeziorze jest czysta i słodka.

Dzień 8. 

O 8 rano z miejscowości Drvenik mieliśmy prom, który przetransportował nas i Hondzie na Wyspę Hvar, która jest ponoć najcieplejszą wyspą na Adriatyku 0 słońce świeci tu 274 dni w roku. Charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu jest lawenda, której uprawa pozostaje ważnym źródłem dochodu mieszkańców.

Na wyspie Hvar urzekło mnie miasteczko Stari Grad. Jestem nim oczarowana po dziś dzień. Początki osady sięgają IV w. p.n.e., kiedy nieopodal znaleziono greckie Faros. Znajduje się tu zamek Tvrdalj. Twierdza powstała w XVI w. jako letnia rezydencja Petara Hektorovicia, chorwackiego poety renesansowego oraz kolekcjonera hvarskich pieśni rybackich.  W Starim Gradzie działa polska baza nurkowania Nautica.

Wąskie, kamienne uliczki, małe domki z drewnianymi okiennicami i listonosz na skuterze podający pocztę przez okno…

Niesamowity klimat. Ustawiam Stari Grad na 3 miejscu po rejsie na Veli Rat i Modrym Jeziorze w Imotski.

O godzinie 18:00 mieliśmy prom powrotny do Drveniku (na ten o 16:30 się nie wcisnęliśmy), a stamtąd już z powrotem do  Marušići do naszych Gebelsów 😉

Dzień 9.

Tego dnia opalaliśmy się na tzw. plaży Borak, na szczeście nie aż tak bardzo obleganej przez turystów. To tam spotkaliśmy tę parę z Łeby. Było tam znowu dobre miejsce do skoków.

Wieczorem poszliśmy z butelką wina na romantyczny spacerek po plaży. Usiedliśmy na jednej ze skał w oczekiwaniu na zachodzące słońce, które pięknie oświetliło góry, a księżyc rzucił srebrną łunę na taflę wody.

Kiedy chłodny wiatr idący od morza smaga Cię po twarzy, słyszysz tylko szum rozbijających się o skały spienionych fal, wokół nie ma już nikogo, a strój kąpielowy nie jest Ci już potrzebny do kąpieli w ciepłym Adriatyku – wtedy życie smakuje najlepiej.

natafli.wordpress.com

Dzień 10.

To nasz ostatni dzień w Chorwacji. Wybraliśmy się na nasze dzikie zejście do plaży, aby spróbować Parasailingu.

Coś, co dla większości ludzi jest po prostu spadochronem holowanym za motorówką lub pojazdem, w rzeczywistości jest parasailem, czyli pewnym rodzajem „latawca”, przystosowanym do lotów pasażerskich na uwięzi. Lot w wygodnej uprzęży – „siodełku”, możliwość podziwiania z góry pięknych widoków i poczucie prawdziwej wolności podczas holowania – to jest właśnie parasailing.

Nasi gospodarze byli niby bardzo sympatyczni, ten dziadzio cały czas pytał nas: Alles gute?, Alles in Ordnung?, Wie geht’s?, ale w sumie mamy co do nich mieszane uczucia. Pewnego dnia rano siedzimy sobie z Tomkiem przy śniadaniu, wciągamy jajecznicę, popijając kawką, a nagle podchodzi do nas ta babcinka i taka wystraszona pyta, czy moglibyśmy przestawić auto, a najlepiej to w ogóle stąd odjechać na jakieś 20 minut, bo oni mają kontrolę. I jeszcze do nas: schnelle schnelle. My wielkie oczy, o co chodzi?!, no ale dobra. Odjechaliśmy na chwilę. Wracamy, a babeczka macha do nas, pokazuje, żebyśmy podeszli. Przeprosiła nas i powiedziała, że zapomniała, że my jesteśmy tu do soboty, że ona myślała, że do dzisiaj, że jej przykro i dała nam 10 euro. Dziwnie. I jeszcze, umawialiśmy się przy płaceniu z ich synem, że zostajemy do soboty do godziny 12:00. Jeszcze Tomek się pyta: o której w sobotę musimy stąd wyjechać? A on, że obojętnie. A Tomek, że nie, że proszę podać godzinę. No to on strzelił, że o 12. My mieliśmy w planie i tak zebrać się o 10, więc git. I co? W przeddzień dziadzio pyta się, czy wyjeżdżamy o 8, bo jacyś ich przyjaciele ich mają odwiedzić. Tomek, że nie, że wyjedziemy o 10. I wyjechaliśmy, ale oni już od 6:30 na dole głośno rozmawiali, tłukli się naczyniami i puścili na full Britney Spears, więc w sumie to zebraliśmy się nawet szybciej…

W Chorwacji wszystko jest drogie, dlatego w marketach staraliśmy się kupować tylko najpotrzebniejsze rzeczy do jedzenia, dużo produktów spożywczych przywieźliśmy też tutaj z Polski ze sobą.

Przy drodze można było wypatrzeć drewniane drogowskazy z napisem Vino, Prošek. Skosztowaliśmy w garażu u pewnej babuni tłustego czerwonego wina domowej roboty i bardzo słodkiego białego i czerwonego tzw. Proszku. Warto kilka butelek przywieźć do Polski i popijać je, oglądając zdjęcia i wspominając ciepłe plaże, lazurową wodę i niezapomniany klimat małych chorwackich miasteczek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *