Ania -„Dziś nie umiem uwierzyć, że tego dnia przebrałam figurówki na łyżwy hokejowe!”


Historia Ani

Historia Ani

Pierwszy raz na lyzwach stanelam na zimowisku harcerskim.

Miałam wtedy 11 lat. Będąc małą dziewczynką nie raz oglądałam występy łyżwiarskie w telewizji. Dlatego z wielką nadzieją, że być może mam jakiś ukryty talent do jazdy figurowej ubrałam wypożyczone figurówki i weszłam na odkrytą, niewielką taflę. Próbowałam odbijać się i jeździć jak prawdziwe łyżwiarki, niestety nie wychodziło mi to najlepiej. Ciągle zahaczałam o ząbki z przodu i denerwowałam, że koleżanki i koledzy jeżdżą szybciej. Dlatego przebrałam figurówki (teraz nie umiem w to uwierzyć) na łyżwy hokejowe i próbowałam się poruszać tak, jak na rolkach. Było mi wtedy o wiele łatwiej. Nie zaprzestałam jednak marzyć o jeździe figurowej. Nadal oglądałam zawody i pokazy łyżwiarskie, zaczęłam więcej czytać o tym w Internecie (pamiętam, że studiowałam zawzięcie na stronie walley.pl artykuły z serii „Jak stawiać pierwsze kroki na lodzie”). Będąc już w gimnazjum namówiłam rodziców na wspólny wyjazd na lodowisko do Wrocławia. Tam dowiedziałam się, że można zapisać się do szkółki łyżwiarskiej dla amatorów i nauczyć się podstaw. I tak też zaczęła się moja miłość do łyżwiarstwa. Namówiłam rodziców na ten kurs (10 lekcji godzinnych) i co tydzień tata jeździł ze mną do Wrocławia na te lekcje (za co jestem mu straszliwie wdzięczna). To tam, na małym lodowisku „Orbita”, nauczyłam się poruszać do przodu, do tyłu, robić przekładanki, trójkę skakaną i piruet na dwóch, a później na jednej nodze. Właśnie wtedy rodzice kupili mi moje pierwsze łyżwy figurowe.

Oboz lyzwiarski

Kurs się skończył, a mi nadal było mało. Znalazłam informacje o organizowanym w wakacje przez Towarzystwo Walley, obozie łyżwiarskim. Mimo początkowego zdziwienia rodziców: „W lecie? Na lodowisko? I czemu tak drogo?” udało mi się pojechać na tydzień na obóz do Torunia. Poznałam tam wiele osób, które tak samo jak ja pokochały jazdę na łyżwach. Nim się zorientowałam, tydzień wypełniony zajęciami na lodowisku, stadionie oraz treningami tanecznymi i imitacyjnymi minął. Wróciłam do domu bardzo szczęśliwa, z zamiarem ponownego wyjazdu na obóz za rok. Tym razem na dwa tygodnie!

Nawet gdybym mogla, nie zamienilabym tych treningow na nic innego.

Po tym wybrałam się w sierpniu na ślizgawkę do Opola. Zauważyła mnie tam pewna pani, która zaproponowała mi możliwość trenowania w grupie synchronicznej. Bardzo się z tego ucieszyłam. Głównym problemem był dojazd, ponieważ mieszkam około 100 km od Opola. To jednak mnie nie powstrzymało. Postanowiłam robić to, co kocham. Ze wsparciem rodziców jeździłam co tydzień w niedzielę na trening. Wstawałam o 5:00, aby zdążyć na pociąg o 6:30, przesiąść się w Kluczborku i znaleźć się w Opolu o 8:45. Następnie szłam na lodowisko i ćwiczyłam na lodzie do 11:15. Wracałam do domu (zazwyczaj przez Wrocław, bo lepiej pasowały dojazdy). Początki nie były łatwe. Ciężko było wstawać tak wcześnie i mimo dużych starań nie umiałam wykonywać wielu elementów na łyżwach, które bez problemów wychodziły koleżankom z synchronu trenującym od dobrych paru lat. Nie poddawałam się jednak (mimo, że czasem pół treningu jeździłam głupie wężyki) i zaczęłam jeździć w sobotę, by móc ćwiczyć również na sobotnim wieczornym treningu. Razem z Ulą, Malwiną (z Wrocławia) i Lilą (z Brzegu Dolnego) spałyśmy w opolskim schronisku młodzieżowym, by w niedziele rano stawić się kolejnym treningu. I tak wyglądała większość moich weekendów. Często zdarzało się, że musiałam rezygnować z imprez, spotkań z przyjaciółmi i rodziną, żeby móc trenować. Lecz nawet gdybym mogła to nigdy bym nie zamieniła tych treningów na coś innego. Chociaż nie raz zdarzały się kłótnie, zgrzyty i problemy w naszej grupie synchronicznej, klubie łyżwiarskim, albo problemy zdrowotne, to mile to wszystko wspominam i teraz mi tego bardzo brakuje. Jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom, którzy mi umożliwili takie wyjazdy oraz szczególnie Karolinie i Tomkowi – naszym łyżwiarskim trenerom, dzięki którym wiele się nauczyłam. Razem z naszym synchronem ‚desire dance’ wzięliśmy udział w paru pokazach łyżwiarskich i zawodach Mistrzostw Polski w jeździe synchronicznej, gdzie zajęliśmy drugie miejsce. Niestety niedługi czas po tym nasza formacja się rozpadła.
Na studia przeprowadziłam się do Wrocławia i od ponad dwóch lat jeżdżę i ćwiczę sama (bo brakuje trenerów we Wrocławiu) na ogólnodostępnych ślizgawkach. Uczestniczyłam też parę razy w łyżwiarskich obozach i brałam udział w paru zawodach dla amatorów. Chociaż czasem jest ciężko trenować pomiędzy ogromem ludzi niepatrzących nawet gdzie i jak jadą (!), to nie poddaję się. Staram się uczyć nowych elementów i poprawiać stare. Wiem, że często popełniam te same błędy i wolno mi idzie rozwój, ale uwierzcie, że niełatwo jest bez żadnego trenera. Mimo wszystko łyżwiarstwo już od dobrych paru lat jest częścią mojego życia, bez której nie wyobrażam sobie funkcjonowania. Nie tylko sprawia mi radość i ogromną satysfakcję, ale także daje szczęście i jest lekiem na gorsze chwile. Dzięki temu sportowi przeżyłam jedne z najpiękniejszych chwil i poznałam prawdziwych przyjaciół.

``Obalamy mity!``

pozostale historie amatorow lyzwiarstwa figurowego

Zobacz

inne historie