Historia Kasi- „Z uwielbieniem patrzyłam na mojego faworyta Aleksieja Yagudina, życząc małych potknięć jego ówczesnemu rywalowi – Pluszczence.”


Jak zaczęła się moja przygoda z łyżwami? Właściwie to nie wiem. Nie potrafię odnaleźć tego jednego dnia, nie pamiętam momentu kiedy pierwszy raz włożyłam łyżwy. Myślę, że to było w szkole podstawowej i wiem na pewno, że siłą sprawczą był mój tata. I z całą pewnością to były figurówki! U taty w pracy było sporo sprzętu do zimowego uprawiania sportu. I zapewne tato przyniósł kiedyś do domu urocze błyszczące płozy rodem z PRL. Mała Kasia włożyła te łyżewki na swoje małe stópki i tak to chyba się zaczęło. Jeździliśmy po zamarzniętych stawach w parku….piękna zima jak z obrazka.

Do tego uwielbienie mojej mamy do oglądania łyżwiarstwa figurowego. Kiedyś w TV było bardzo dużo transmisji z Mistrzostw Europy i Świata. Wciągnęłam się. Nie sądziłam jednak, że nauczę się czegokolwiek poza prostą jazdą przed siebie. Z uwielbieniem patrzyłam na mojego faworyta Aleksieja Yagudina. Kibicowałam mu całym sercem w każdych zawodach, które oglądałam, jednocześnie (wstyd się przyznać!) życząc małych potknięć jego ówczesnemu rywalowi – Pluszczence. Potrafiłam wstać w środku nocy, żeby obejrzeć na żywo pokaz mistrzów.

Pierwszy raz na sztucznym lodowisku byłam w LO, z klasą. Wtedy nauczyciel W-F-u pierwszy raz pokazał mi jazdę tyłem. I tak dotrwałam do studiów, szlifując od czasu do czasu jakże wyższą szkołę jazdy w postaci przekładanki tyłem. Na Spiską chodziliśmy jeszcze jak była lodowiskiem otwartym i wtedy zaliczałam już pierwsze efektowne upadki, ale o tym później. Po studiach zakupiłam pierwsze swoje własne łyżwy – wyższa szkoła jazdy – figurówki z decathlona. Co to była za radość!

HISTORIA KASI

HISTORIA KASI

Podczas kiedy rzeźbiłam płozami w lodzie, zaczepiła mnie legendarna postać lodowiska na Spiskiej – Pan Bogdan. I tu zmieniło się moje podejście do łyżew, zapragnęłam czegoś więcej. Ale co najważniejsze – poznałam Dudusia i z podziwem patrzyłam na niezrozumiałe dla mnie ewolucje, które wyczyniała na swoich płozach. W końcu pojechałam na obóz łyżwiarski z ICE&FUN. W czerwcu! Znajomi patrzyli z niedowierzaniem! Latem? To był wspaniały, intensywny czas nauki. Mimo, że mój sprzęt jak się okazało, był średniej jakości, nauczyłam się toeloopa (wersja biedna) i kilku innych ewolucji łyżwiarskich dla amatorów. Na tym też obozie, nabyłam ksywkę „Pani Gleba”. Chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego?

Po obozie, pożyczyłam pieniądze od tatusia i zakupiłam piękne, cudowne łyżewki, takie z prawdziwego zdarzenia. I tak sobie ćwiczę różne ewolucje, pracuję na utrzymanie zaszczytnej ksywki i robię postępy współmierne do częstotliwości ćwiczeń.

Prawda jest taka, że łyżwiarstwo jest pasją, ale bardzo wymagającą. Wytrwałość, cierpliwość i miłość to tego sportu pozwala osiągnąć niesamowite wyniki.

Dzięki łyżwom poznałam grono fantastycznych ludzi obdarzonych pasją. Z przyjemnością obserwuję ich postępy i ciężką pracę w doskonaleniu umiejętności i dziękuję im za czas, który poświęcają innym, aby pomóc im w ich łyżwiarskiej drodze.

Kasia

``Obalamy mity!``

pozostale historie

Zobacz

pozostale historie amatorow lyzwiarstwa figurowego