Łyżwy… jak to się zaczęło 1


 Moja historia z „białymi skrzydłami” zaczęła się pod koniec roku 2011. To pasja, która pochłonęła mnie bez reszty. Kto wie, czy gdybym odkryła w sobie tę miłość trochę wcześniej, to sport ten nie dałby mi możliwości rozwoju, tak na poważnie?

    .

Okazja do bezkarnego cięcia tafli, nadarzyła się jakiś czas po przyjeździe na studia. Na lodowisku miałam szczęście poznać życzliwą duszę, która pokierowała mnie w dobrą stronę. Zainwestowałam w lepszy sprzęt, a w lipcu, rzucając wszystko (włącznie z pracą, z którą nie wiązałam przyszłości) wyjechałam na obóz łyżwiarski.

  Znajomi pukali się w czoło: „Będziesz jeździć na łyżwach w lecie?!”. No cóż, niesamowita ochłoda w upalny dzień! Podczas tego zgrupowania nawiązałam ciekawe znajomości z podobnymi sobie zapalonymi miłośnikami lodu, dla których sezon łyżwiarski trwa niezmiennie przez cały rok. Zmotywowało mnie to do intensywnej pracy nad krokami, skokami i piruetami. Codzienność nabrała dla mnie rumieńców.

 Po jakimś czasie, zdałam sobie sprawę, że wszystko zaczęło kręcić się wokół łyżew. Nigdzie nie mogłam poczuć się tak szczęśliwa i zrelaksowana jak właśnie podczas jazdy. Godziny spędzone na lodowiskach przyniosły widoczne postępy (i rozstępy), ale co najważniejsze nauczyły mnie wytrwałości i wiary we własne siły. Tylko oddając się tej pasji mogę prawdziwie wyzwalać, ukryte gdzieś głęboko we mnie, nieposkromione pokłady pozytywnej energii.

 W moim przypadku powiedzenie „zostawić kogoś na lodzie” znaczy tyle, co „uczynić kogoś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”.

``Obalamy mity!``

pozostale historie

Zobacz

pozostale historie amatorow lyzwiarstwa figurowego


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Łyżwy… jak to się zaczęło

  • Ania ;)

    na pewno będę śledzić i czytać wszystkie wpisy 😉 Lubię Twój styl pisania. no i Kocham łyżwy tak jak TY ;D