PARADISE na Narodowym!


Pomyśl sobie po prostu, że jest zespół nagrywający kawałki, które do Ciebie trafiają.  Gra on muzykę, z którą niejako się utożsamiasz. Muzykę, której słuchasz, kiedy jest Ci źle, ale też wtedy, gdy rozpiera Cię nieposkromiona energia. Uciekasz do niej w najczarniejszych chwilach, ale towarzyszy Ci również w tych najbardziej świetlanych i przełomowych momentach Twojego życia. Zagrzewa Cię podczas treningów i jest w niej coś, co nie pozwala Ci się poddać. Ukryte jest w niej jakieś przesłanie… sens, który sprawia, że chcesz się uśmiechać – tak prawdziwie i naiwnie cieszyć się z najmniejszych rzeczy. Czasem też muzyka ta sprawia, że potrzebujesz przysiąść i zastanowić się nad sobą i celem swojej wędrówki. A teraz pomyśl, że pewnego dnia stajesz z nią twarzą w twarz, jesteś u źródła… bliżej być już nie możesz… dotyka Twojego serducha tak na żywo. Niektórych emocji nie da się opisać słowami … muzyczna ekstaza.

FILM Z WIELKIEGO WEJŚCIA

KONCERT COLDPLAY NA STADIONIE NARODOWYM WARSZAWIE 19.09.2012

recenzja Tomasza Kina, nic dodać, nic ująć.

COLDPLAY

I don’t wanna leave Warsaw, krzyczał Chris Martin wplatając tę zdumiewającą wypowiedź w refren wyśpiewywanego „Paradise”. Nie była to bynajmniej kokieteria. Świetna opinia jaką cieszy się polska publiczność w świecie, nie wzięła się znikąd. Wystarczy by gwiazda na której koncert wydaje się nie mało i przez lata obdarzało miłością, odwzajemniła choć trochę te uczucia. Coldplay zrobili to doskonale, dlatego reakcja tłumu na stadionie narodowym dodała im skrzydeł. Widziałem to siedząc i ekscytując się na krześle 162, piątego rzędu w sektorze G22. To co kaszaniasto i bełkotliwie próbowała, a raczej wcale nie próbowała zrobić Madonna, czwórce Brytyjczyków kilkanaście miesięcy temu stojącej na scenie Open Air’a i obiecując że do nas powróci, udało się wyjątkowo dobrze. Marny i przygniatająco nieudany występ autorki „Vogue” 1 sierpnia, spotęgował jeszcze wyczerpujący marsz, na jaki skazałem się wracając z ronda Waszyngtona na Mokotowską, gdzie zostawiłem samochód. Tłum raczej milcząco przewalał się przez most Poniatowskiego ze skwaszonymi minami. Zostali zlekceważeni żenującym spektaklem opartym na całkowitym playbacku i wijących się w maskach gazowych tancerzach (nie było wśród nich ani jednego białego, co ciekawe). Skandal jakiego obawiali się przeciwnicy występu Madonny, nie nastąpił chyba że ze zrozumieniem wysłuchało się gadki gwiazdy, która zwróciła się do tłumu, że dziękuje że w czasach kryzysu kupują bilety, bo to ważne by bilet kupić, chcąc zobaczyć show a to jej praca. Krótkie i bezsensowne było to przemówienie, każące myśleć o słynnej divie jak o tępawej celebrytce niż błyskotliwej ikonie. Nie było hitów, symbolicznego choć kontaktu w widownią a nawet przyzwoitej wokalizy. Gdyby nie banda histerycznych młodocianych gejków, piszczących jak małe dziewczynki na koncertach Justina Biber’a, aplauz byłby nie zauważalny. Towarzyszący mi kolega, nota bene lider znanego zespołu alternatywnego był spryciarzem, bo zabrał z domu stopery. Nie pomyślałem o nich i godzinę sterczałem z palcami wciśniętymi głęboko w uszy. Akustyk Madonny stracił słuch zapewne dawno, bo przykręcił moc do poziomu warkotu a nie soczystej muzyki. Bolało. Uderzające było jak ktoś z niewypowiedzianym potencjałem jak Madonna, otoczył się tak prymitywnym dudnieniem.

Miałem obawy przed wczorajszym wieczorem, by po raz kolejny nie obejść się smakiem. Najlepsi architekci projektowali pieczołowicie ten obiekt, by odbywające się tam koncerty mogły wybrzmieć w pełnej krasie. Słyszałem w radio że zespół wysyła dużo wcześniej akustyka, by ten sprawdził obiekt. Można wówczas przygotować najbardziej optymalny wariant nagłośnienia. Jak dobrze że wciąż im na tym zależy. Dzięki temu nikt nie może zarzucić Coldplay, że wpadają na sztukę zrobić swoje i szybko zarobić, nie zwracając przesadnie uwagi czy ktoś tego słucha. Echo suportu przyzywało mnie na stadion. Bez kolejek ani agresywnej obmacującej ochrony, poszukującej maczet i petard, przeniknąłem trzy kontrole. Zwinnie pokonałem przejścia i podnieconych fanów, moszcząc się na krześle. Równo o 21:00 maszyny do scenicznego dymu nabrzmiały od gęstych kłębów, a ekrany na scenie ożyły. Ciekawe czy wielu ludzi poznało symfoniczny motyw, jakim reżyserka oznajmiła że zaczynamy. Były to kultowe fragmenty ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Powrót Do Przyszłości”. Wybrzmiały rozbrajająco. Lata całe utożsamiałem się z Marty McFlay’em, szczenna mi opadła że Coldplay na swoim show, puścili coś takiego. Zabłysły światła i kilkadziesiąt tysięcy wyjących gardeł, przywitało gwiazdy wieczoru. Wyglądali jak zawsze zwykło do bólu. Chinosy, t-shirty i trampki. Bez piór, makijażu, kombinezonów z odkrytymi półdupkami i zylionem lateksowych dodatków.
Ze słodkim akcentem, starając się wypaść dobrze usłyszeliśmy Dobry Wieczór Warszawo! Cztery instrumenty oraz wokalista który potrafi śpiewać. Tyle. Niesamowite że można biegać po scenie, zmieniać gitary i nie fałszować nawet w jednym takcie. Gdy zagrali „In My Place” Martin śpiewał jedynie przy akompaniamencie pianina przy którym siedział. Kontrolował cały wielki pieprzony stadion narodowy. Jeden facet z mikrofonem. Nie widziałem i nie słyszałem w życiu niczego podobnego, bo stadion śpiewał razem z nim. Było intonowanie i odtwarzane zaśpiewki. Zespół wymiękł i wtedy byli już nasi. „Yellow” zagrane intensywnie a nawet odrobinę transowo, zakończyła gitara wyrzucona w powietrze, której spektakularne roztrzaskanie o scenę, zarejestrowały kamery. Po chwili w zwolnionym tempie opadała w rytm huraganu braw na wielkich ekranach. Strzelające konfetti i świecące opaski, sterowane radiowo jakie każdy dostał przy wejściu, dały efekt zabawy która z każdym innym zespołem, odtrąciłaby mnie kiczem. Z nimi było to urocze i autentyczne. „Viva La Vida” i „Life In Technicolor” ukazały najlepszy zespół na świecie. Rihanna w „Princess Of China” leciała z playbecku i pojawiła się jedynie jedynie na ekranach, wyszło to jednak zadziwiająco dobrze. Być może straciłem zdolność obiektywnego oglądu i po prostu dobrze się bawiłem, ale wreszcie mi się to udało. Po tylu wpadkach i rozczarowaniach zostałem rzucony na kolana. Wrzawa jaka wypełniła stadion po tym jak zespół pożegnał się, kończąc główny set będzie się im śnić po nocach. Dumny jestem z naszej publiczności. Była głośniejsza niż instrumentarium Coldplay. Otwarty dach sprawił że temperatura drastycznie spadła. Zziębłem koszmarnie. Dodatkowo w obawie przed tłumem wyszedłem w trakcie bisów. Rozkosznie było spacerować wyludnioną całkowicie Francuską, na której doskonale słyszałem koncert. Grali „Speed Of Sound” oraz „Fix You”. Szedłem sercem Saskiej mijając cafeterie i winbary nie mogąc odżałować końca wieczoru. Dawno nie przepełniało mnie to uczucie. Szedłem ulicą a za moimi plecami grał Coldplay. Tylko oni tak potrafią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

0 komentarzy do “PARADISE na Narodowym!