Surowy Wiedeń i wietrzny Budapeszt 1


…czyli relacja z naszej podróży na austriacką i węgierską taflę.
hunderw

W piątek w samo południe dwie osoby wyszły z wiedeńskiego metra i skierowały swoje kroki na róg ulicy Kegelgasse i Löwengasse. Turyści – od razu widać. Zarówno chłopak jak i dziewczyna mają dość pokaźne plecaki. Przystają na chwilę, by zerknąć na mapę. To pewne, że chcą zobaczyć Hundertwasserhaus- słynny kompleks mieszkalny, dzieło Friedensreicha Hundertwassera. Po kilkunastu minutach docierają na miejsce. Robią zdjęcia i z zachwytem przyglądają się temu nietypowemu domowi. Choć jest przenikliwie zimno, na tarasach i balkonach kamienicy widać roślinność. Nie znajdą na tym budynku prostych linii i regularności. Próżno szukać im symetrii. Na balustradach schodów prowadzących na niewielki taras przytwierdzony jest niebieski i czerwony stożek. Jeden z nich jest z rozmysłem „przewrócony na bok”. Twórca domu nie chciał pieniędzy za jego zaprojektowanie – w zupełności wystarczyło mu to, że jest taki piękny!
kon by sie usmialNastępnie para kieruje swoje kroki na przystanek najbliższej linii metra. Około godziny 14. widziano ich na Stephansplatz przy katedrze świętego Szczepana. Bardziej niż świątynią zainteresowani byli licznymi dorożkami ustawionymi na bruku. Trudno im się dziwić. Konie są przepiękne. Przejażdżka dwukonnym fiakrem (nazwa pochodzi od postoju dorożek na paryskiej ulicy Rue de Saint Fiacre) nie należy jednak do najtańszych atrakcji Wiednia. 20 minut jazdy po Starym Mieście to 55  €, a 40 minut po Ringstraße i Starym Mieście to koszt 80 €. Między 1860 a 1900 rokiem we Wiedniu jeździło ponad 1000 takich dorożek, a fiakrzy występowali jako śpiewacy. Doceniano ich dyskrecję zwłaszcza wówczas, gdy wysoko postawieni panowie spędzali w dorożkach czas z kochankami. Co ciekawe, uliczni grajkowie we Wiedniu zakładają maski koni 🙂

 Wszędzie też chodziły poubierane piesie.

piesio

Para mijała kolejno wszystkie sztandarowe monumentalne budynki rathlodWiednia, a kiedy zegar Ratusza wybijał godzinę 17. dawno zdążyła już wyciągnąć z plecaków swoje łyżwy i przeciąć gładką taflę pięknego i dość nietypowego lodowiska w samym sercu stolicy Austrii. Nietypowego, ze względu na swoje wąskie lodowe alejki, którymi można kluczyć i rozkoszować się niesamowitą atmosferą panującą dokoła. Zamrożone ścieżki łączą główną wąską taflę przy ratuszu oraz taflę boczną z wielkim misiem coca-coli osadzonym w samym jej środku. Gdy tafle są odświeżane ludzi prosi się o przejechanie w alejki.

Ceny:

  • 6,50 € za bilet dla pełnoletniego łyżwiarza bez limitu czasowego
  • 3 € za kluczyk do szafki
  • 2 € za kartę, którą odbija się każdorazowo przy wyjściu i wejściu na taflę

Eurosy zwrotne po oddaniu kart i kluczy do punktu informacji.

Po zakończonej ślizgawce wracają do samochodu i wyruszają do Budapesztu. Następnego dnia zwiedzają zakamarki stolicy Węgier. Wiatr bywał tego dnia tak silny, że prawie zwiało ich z mostu do Dunaju 🙂

Wieczorem znaleźli się na tafli między kolumnadą Placu Bohaterów a Zamkiem Vajdahunyad.

lodowiskoVárosligeti Műjégpálya to ogólnodostępne największe (180 na 67 metrów) i najstarsze  (otwarte w 1870 roku) lodowisko Europy. Podobno system rurek chłodzących ma łączną długość 210 km. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej odbywały się tu mistrzostwa świata w łyżwiarstwie figurowym. W latach 2009-2011 lodowisko odnowiono kosztem 16 mln euro. Zmodernizowano także historyczny, neobarokowy budynek lodowiska z 1893 roku. Jego klimat jest wprost niesamowity. Choć tafla była już dość sfatygowana, jeździło się im wspaniale.

Cena za bilet dla pełnoletniego łyżwiarza to 2000 forintów. Szczegóły na stronie lodowiska.


Najlepiej specyfikę tafli w Budapeszcie oddaje opis naszego kolegi Sławka:

Műjégpálya, korcsolya, jég – dla obcokrajowca, który większość swojego wolnego czasu spędza na lodowiskach i nie zna języka sadomasochistów lingwistycznych i miłośników papryki, tokaja i Sacher torta, były jednymi z pierwszych opanowanych zwrotów. Rozpisywanie się nad urodą Budapesztu i multikulturowością Węgier, nie ma większego sensu, ponieważ o gustach się nie dyskutuje i każdy sam na własnej skórze musi się o tym przekonać. Oczywistym jest, że większość turystów odwiedza Budapeszt głównie z powodu naddunajskiej architektury, łaźń i term, widoków ze Wzgórza Gellerta, najstarszej linii metra w kontynentalnej części Europy, wyśmienitego wina oraz niedalekiego Balatonu i Hajdúszoboszló. Mało kto jednak jako główny punkt wycieczek wybiera Városliget (park miejski). Ta zielona enklawa w prawie samym sercu Pesztu to kompleks parków, budapesztańskiego zoo, parku rozrywki, łaźni, ponad stuletniej kopii zamku (Vajdahunyad Castle) oraz sztucznego jeziora, które w okresie zimowym zamienia się w Városligeti Műjégpálya – największe na świecie sztuczne lodowisko pod gołym niebem. Prawie każdy odwiedzający tę lodową świątynię, zostaje porażony jego ogromem, zwłaszcza łyżwiarze, przyzwyczajeni do spartańskich, wrocławskich warunków. Przekonają się, że zamiast białych ścian hali lodowiska, mogą oglądać oświetlony zamek, neoklasycystyczny budynek kas i przebieralni, drzewa i niebo. Usłyszą w tle najnowsze hity, muzyczne evergreeny i klasyczne walce zamiast zapętlonej płyty z darmową muzyką, której nie ośmielą się puścić nawet małe wiejskie dyskoteki. Posmakują smaku gorącego i aromatycznego foralbor, zjedzą słodki kurtoskolacs i usłyszą chyba wszystkie języki świata.

Sławka, który od jakiegoś czasu mieszka i pracuje w Budapeszcie, poznaliśmy na wrocławskim lodowisku (bo to właśnie na tafli poznaje się najlepszych ludzi :D). Pewnego styczniowego popołudnia zaprosił nas do siebie do węgierskiej stolicy. A jak się nas zaprasza, to się pojawiamy! Dziękujemy ogromnie za gościnę, serdeczność, lekarstwo na całe zło… Mamy nadzieję odwiedzić Węgry jeszcze nie raz!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Komentarz do “Surowy Wiedeń i wietrzny Budapeszt