Łyżwiarstwo figurowe / Historie łyżwiarzy amatorów

Nigdy nie jest za późno, aby zacząć jeździć na łyżwach. Historia Ani.

26 Lutego 2019

Przeglądając historie innych postanowiłam podzielić się i moją. Kto wie, może rozwieje wątpliwości choć jednej osoby zmagającej się z takim samym nastawieniem ludzi wokół, z jakim musiałam zmagać się ja?

Na łyżwach jeżdżę od 6 lat i wciąż pamiętam jakby to było wczoraj, gdy postawiłam swoje pierwsze kroki na łyżwach podczas szkółki łyżwiarskiej. Była to grupa około dwudziestoosobowa…trzylatków – góra pięciolatków. I taka ja, ówcześnie szesnastoletnia. Co mi siedziało w głowie? Rozeznając się w ofercie taneczno - artystycznej w mieście wszyscy jednogłośnie na wieść, iż chciałabym spróbować przynajmniej zapytać się o możliwość uczęszczania na szkółki z łyżwiarstwa, odpowiadali- jesteś za stara. Masz 16 lat i jest już za późno. Tak po prostu. Faktem jest, iż będąc dzieckiem po pierwszym zetknięciu się z lodowiskiem chciałam trenować. I już wtedy także usłyszałam - jest za późno (bo nie ma się tych 4-5 lat, a jest się już w podstawówce) i żeby cieszyć się z tej godziny co właśnie była, a nie chcieć więcej i więcej… Cóż, marzenie w głowie zostało i siedziało tam nieprzerwanie przez lata, zamieniając się w coraz bardziej „niemożliwe do zrealizowania”. Aż do wymagającej odwagi decyzji by jako taka „starsza” pójść na szkółkę i zapytać się. Z nastawieniem iż na 90% usłyszy się śmiech i odmowę.
 

Okazało się jednak, iż nikt się nie zaśmiał. Co więcej - zaproszono mnie na szkółkę klubową, zamiast tej MOSIR’owej. Nie jestem w stanie opisać radości jaką wtedy odczułam, gdy coś, w co nie wierzyłam, że ma chociażby szansę powodzenia.. ziściło się!

Wielkich ambicji nie miałam - po latach wbijania do głowy, że tylko trenując od dziecka można skakać, i wykonywać wszystkie te elementy łyżwiarskie, moim największym marzeniem było nauczenie się… przekładanki. Byłam święcie przekonana, że na inne elementy nie ma szans. Nie oznacza to jednak, iż nie było motywacji. Tej to było od groma. Już na pierwszych zajęciach w głowie było tylko „Próbuj. Jak się wywalisz – wstań natychmiast i próbuj znowu. Teraz jest najgorszy moment, bo rozpoczynasz coś całkiem od zera, ale za miesiąc lub dwa powinno być choć trochę lepiej” I było. A najlepsze było to zdziwienie przy pierwszym mini skoku wykonanym po zaledwie kilku miesiącach nauki. Albo po całym jednym obrocie na jednej nodze w piruecie. 

Wtedy uświadomiłam sobie, że wszystko jest możliwe. I, że ci wszyscy ludzie się mylili. Wmawiali innym, że są na coś za starzy, gdyż sami nie próbują niczego nowego. A przynajmniej nie takiego, które wymaga wysiłku i wytrwałości. Czy było łatwo? Nie. Czy trudniej nauczyć się niż dziecku? Zakładam, że tak, choć ciężko o porównanie z pierwszej ręki. Jednakże, czy to wykonalne? By nauczyć się tych samych elementów co dzieci? Zdecydowanie TAK. Zresztą wystarczy popatrzeć na te małe brzdące zaczynające swą przygodę z łyżwami. Te, co ledwo stoją i co krok bądź częściej lądują na lodzie. Też od razu nie skaczą axli. Tyle, że my zazwyczaj porównujemy się z tymi bardziej do nas wiekowo zbliżonymi, a Ci mają już lata treningów za sobą…

 



Zaczęło się o przekładance jako szczycie marzeń, skończyło się na… jeździe synchronicznej, zawodach amatorskich solo i nauce skoków podwójnych. I tak niezmiennie, w różnych kombinacjach, obecnie jedynie solo amatorsko, sobie to trwa. Choć czasem z przerwami, czy to ze względu na wyjazdy z kraju, czy też ze względów zdrowotnych, zawsze ląduję z powrotem na lodowisku. I za każdym razem cieszę się jak dziecko.

 



Czym dla mnie jest ten sport? Pasją. Czymś, co daje radość, motywację i poczucie, iż żaden dzień nie jest stracony. Bo jak ma być stracony, jak każdego dnia choć odrobinę wychodzi coś lepiej? Niech to będzie nawet utrzymanie się na krawędzi troszkę dłużej po zwrocie, czy jakimś kroczku. Albo piruet o ten kawałek mniej wędrujący. Że też nie wspomnę o nauczeniu się nowego elementu. Nie sposób nie wspomnieć też o niesamowitej społeczności jaka się z tym sportem wiąże. To właśnie poprzez łyżwiarstwo poznałam wielu wspaniałych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję po dziś dzień.

Czasami do słynnego „jesteś za stara/y na łyżwiarstwo” dołączane było „i tak już nic nie osiągniesz”. Tyle, że nie chodzi o to, by osiągnąć to, co liczy się dla tych osób. To, że oni wyznają zasadę „olimpiada albo nie ma co tracić czasu” to ich problem. Bo przez taką ignorancję umyka im niezwykła pasja i wiele możliwości. Ważne jest, by osiągać to co dla nas samych jest ważne. A może to być zwykła radość z poruszania się po tafli lodu, może być to nauczenie się nowego piruetu czy skoku, czy też wystąpienie i wzięcie udziału w zawodach. Zresztą, samo robienie tego, co się uwielbia jest wystarczającym powodem. Powodem, by robić to częściej.

Obecnie jako, że łyżwiarstwo amatorskie się dość mocno rozwinęło, na szczęście coraz rzadziej słyszy się te demotywujące osądy, że nie ma sensu nawet próbować. Są też dowody na to, że można i da się. Dlatego też, zdecydowanie polecam spróbować każdemu. Czy miałaby to być tylko nauka przekładanki… czy odkrycie nowej pasji i dołączenie grona amatorskich łyżwiarzy figurowych. Nic się nie traci, a można jedynie zyskać.

Ania K.