Łyżwiarstwo figurowe / Historie łyżwiarzy amatorów

Trener szczęśliwych ludzi

12 Maja 2020

Jako ludzie i instruktorzy często przechodzimy obok osób na pierwszy rzut oka innych. Omijamy ich, bo po co się męczyć, boimy się z nimi współpracować. Takie osoby są inne pozornie, tak naprawdę mają podobne możliwości jak każdy, kto pierwszy raz staje na lodzie. Wszyscy mamy taki sam start.  Mam mały apel do rodziców osób z problemami: pozwólcie im jeździć. Oni naprawdę dadzą sobie radę na lodzie. Łyżwiarstwo i rolkarstwo figurowe osób dorosłych otwiera im możliwości startów, uczestniczenia w pewnej społeczności mimo problemów życia. Wiem, że dla osób, które mają problemy najważniejsza jest pełna akceptacja, traktowanie ich jak równych sobie i czerpanie szczęścia z tego co robią. 

Trener od trudnych przypadków

Pewnie jest w Polsce wielu instruktorów, którzy z całym sercem dają szansę osobom niepełnosprawnym, ja należę do nich. Nigdy takich osób nie oceniam pod względem przydatności do sportu, zawsze patrzę przez pryzmat ich szczęścia. Bywało iż słyszałam “zostaw ją, ona w życiu nie nauczy się jeździć”, “ tylko się męczysz, a kasa taka sama jak przy zdrowych”. Często nie rozumiałam trenerów, którzy mieli takie podejście. Dla mnie ważne jest jaki ktoś ma zapał do jazdy i jakie niesie to szczęście. 

Nie pamiętam pierwszej osoby niepełnosprawnej, bo zawsze traktowałam je jako normalne, ale pamiętam parę osób, które szczególnie pokazały hart ducha. Celowo będę zmieniać ich imiona w pseudonimy, bo nie każdy chce by wszyscy wiedzieli o ich chorobie.
 


"Aga jeździła, a gdy nogi jej “mdlały” to dosłownie kładła się na pingwinie, a ja go trzymałam. Tym sposobem rzecz prawie niemożliwa stała się realna."

Zacznę od jednej osoby, którą wymienię z imienia i nazwiska, bo jest moją koleżanką, która od lat walczy i wspiera walczących z SM. Czym jest Stwardnienie Rozsiane, jest potworem, który atakuje nagle i zabiera możliwości ruchowe. Agnieszka Karaś, bo o niej mowa, wtedy jeszcze chodziła, ale jej nogi nagle “mdlały”. Jak mam utrzymać dziewczynę prawie 180 cm, gdy ja mam 155, a ona mdleje? Normalnie nie ma problemu, ale przy niedowładzie kończyn to już problem, bo nie można zastosować żadnej dźwigni. Tu na pomoc przyszły mi dzielne pingwiny (chodziki). Aga jeździła, a gdy nogi jej “mdlały” to dosłownie kładła się na pingwinie, a ja go trzymałam. Tym sposobem rzecz prawie niemożliwa stała się realna. Bo czy brak możliwości chodzenia to przeszkoda? Parę lat później, gdy Agnieszka poruszała się już na wózku, kolejny raz podjęła próbę jazdy na lodzie. Za zgodą mojego szefa Witolda Jędrzejewskiego (firma Piruet prowadząca ślizgawki na Warszawskim Torwarze) mogłam wejść z Agą na lód pod koniec ślizgawki i odtańczyć taniec szczęścia na wózku. Można wszystko jeśli tylko trafi się na zwariowanego trenera.


Swoją drogą zobaczcie akcję Paliwo dla Karasia, bo Aga może jeszcze wróci sama na lód. 

 


"Dla niego był to kolejny stopień w powrocie do normalności, dla mnie było to wyzwanie i niesamowita nauka hartu ducha."

Osób z niepełnosprawnością ruchową jest mnóstwo. Nie tylko choroby ograniczają nas, ale też wypadki. Pamiętam jak kiedyś pewna Pani, dobrze jeżdżąca na łyżwach, przyprowadziła swojego kuzyna na lód. Chłopak przeżył bardzo ciężki wypadek samochodowy. Był mocno połamany, a samo postawienie go na nogi trwało kilka lat. Również zachowanie było zmienione choć dla mnie był to normalny chłopak uwięziony w bardzo zniszczonym ciele. Oczywiście, gdy taka osoba się pojawi to wszyscy instruktorzy znikają, a moja szefowa kieruje ją do mnie bo “ty masz w sobie tyle empatii i jesteś taka miła”. Młody miał duże problemy, ale chciał. Dla niego był to kolejny stopień w powrocie do normalności, dla mnie było to wyzwanie i niesamowita nauka hartu ducha. Pomyślcie - nie możecie się normalnie poruszać, bo macie przykurcze, wasza mowa nie pozwala, by powiedzieć szybko co czujecie. Ja po 5 min zaczęłam rozumieć jego gest, widziałam jak jest zmęczony czy chce mu się pić. Dużym problemem jest utrzymanie tych osób na lodzie, ale Młody tak walczył i tak się starał, że dla mnie nie było to żadnym obciążeniem. Pokazał mi, że czasem można przeżyć coś niewyobrażalnie ciężkiego i walczyć dalej. Dziś pewnie jest już dorosłym, normalnym mężczyzną. 
 


"Kolejna osoba spełniła marzenia, bo znalazł się trener, który nie oceniał i się nie bał. Nigdy nie ocenia się ludzi po pozorach to jest najgłupsza rzecz jaką można zrobić." 

Nasza fizyczność to czasem problem. Kiedyś zapisała się do mnie Pani na oko w moim wieku i wzroście, ale ponad 150 kg wagi. Bała się, że wszyscy będą się na nią gapić i wyśmiewać. Pomogło jej znacznie, że oświadczyłam, że sama jak na łyżwiarkę jestem wielka, bo ważę 75 kg i daleko mi do modelki. Urocza, bo tak ją mogę nazwać, miałam ogólne problemy z poruszaniem się. Problemem też były łyżwy, bo każda para była za mała w kostkach, ale w końcu jakieś hokeje dały radę. Zawsze gdy widzę jak osoby niezbyt szczupłe są obcinane wzrokiem, to mam ochotę przywalić takiemu patrzącemu. Sama jestem gruba, ale walczę z pewną chorobą. Pod swoim adresem wiele razy słyszałam “OOoooooo jaka gruba, ale umie się ruszać “ normalnie cud. Urocza była gruba z powodów swoich życiowych przeżyć i łyżwy pozwoliły jej być obecnie chudszą ode mnie. Kolejna osoba spełniła marzenia, bo znalazł się trener, który nie oceniał i się nie bał. Nigdy nie ocenia się ludzi po pozorach to jest najgłupsza rzecz jaką można zrobić. 

 


"Pewnego dnia wpadłam na pomysł, jak zwrócić jej uwagę. Machałam jak głupia rękoma i nogami, krzyczałam śmiejąc się i trafiło! Byłam szczęśliwa, że dotarłam do jej świata."

Nigdy nie oceniam moich uczniów, ja ich słucham i uczę. Choć czasem ciężkie jest słuchanie gdy ktoś mnie nie słyszy i nie mówi do mnie. Nie mówię tu o chorobie fizycznej, ale o stanie umysłu nazywanym Zespołem Aspergera. Mówi się o tym przedsionek autyzmu. Gdy zapisała się do mnie na lekcję pierwsza taka osoba (a było już ich wiele w tym czasie) nie wiedziałam jak to ogarnąć. Jeden kolega mówił “no nic pokazujesz, ale i tak nie dotrzesz do tej osoby”, druga koleżanka trenerka “po co to bierzesz i tak ona nie będzie umiała nigdy jeździć”. Po tych słowach coś we mnie pękło i stwierdziłam, że będę walczyć! Piękna - tak ją nazwę, bo naprawdę jest piękna - figura modelki i uśmiech rozpromieniający cały świat. Otóż Piękna na lekcji nie odzywała się, wykazywała zainteresowanie, ale jakby nic nie trafiało do niej. Kiedyś przeszłam szybki kurs pracy z niepełnosprawnymi i wpadłam na pomysł, jak zwrócić jej uwagę. Machałam jak głupia rękoma i nogami, krzyczałam się śmiejąc i trafiło. Byłam szczęśliwa, że trafiłam do jej świata.

Tamten okres to był moment, gdy praca instruktora była dla mnie już tylko kasą i nie dawała mi satysfakcji. Od Pięknej dostałam nowego kopa, nowe wyzwanie, które ruszało mnie do pracy i miejsca zawodowego, w którym jestem dziś.

Piękna z lekcji na lekcję się zmieniała. Zaczęła się uśmiechać, podobno złapała kontakt z rodzicami, miała cel w życiu czyli łyżwy. Dziś jest jedną z czołowych zawodniczek amatorek w rolkarstwie figurowym. Osiągnęła coś, co było nie realne, cieszę się, że mi zaufała. Jak jeździmy na zawody to Piękna jest jedną z bardziej wygadanych osób, wręcz czasem dusza towarzystwa. 

Uczą się u mnie inni z tą samą przypadłością. Każda z tych osób jest inna, ale każda chce coś osiągnąć i pokazać, że można. Różne były drogi pokonywania słabości. Od pokonania strachu przed wyjściem do tłumu, po pokonanie słabości ruchowej. Każda z tych osób (również) Piękna przeszły przez kilku trenerów zanim trafiły do mnie. Nie wiem co mam w sobie, ale cieszę się iż mijają lata, a nadal u mnie się uczą. 
 


"Po paru minutach powiedział nagle “dobra idę”. Po następnych pięciu minutach śmiał się, że to śliskie, inne jak on, piękne, takie lekkie. Po 10 minutach śmiał się - jaki on śmieszny jest jak się wywala."

Zespół wielkiego szczęścia, bo tak nazywam zespół Downa. Tych ludzi cechuje coś przy czym my szarzy możemy się schować! Każda z osób z zespołem szczęścia była dla mnie czystym nieskrępowanym generatorem wesołego nastroju. Pamiętam jedną dziewczynkę, której mama powiedziała iż ona się boi i trzeba ją przytulać. Nie jestem zwolennikiem bliskości fizycznej trenera, ale rozumiałam jej potrzeby. Przytulasta, gdy tylko delikatnie straciła równowagę mówiła, że się boi i ja wtedy przytulałam ją lekko. Czułam jak odpływa od niej napięcie i zaczyna jechać dalej. Sama jazda sprawiała jej wielkie szczęście. W jej i moich myślach była całkiem normalna i tak też jeździła. Dziś widuję ją jak jeździ z mamą i obie całkiem dobrze sobie radzą.

Był też chłopiec “Nie chce”. Jego rodzice powiedzieli, że on zawsze boi się nowego, ale potem daje radę. No i nie chciał, ale się przełamał. Po paru minutach powiedział nagle “dobra idę”. Po następnych pięciu minutach śmiał się, że to śliskie, inne jak on, piękne, takie lekkie. Po może10 minutach śmiał się - jaki on śmieszny jest jak się wywala. Oboje z każdej lekcji schodziliśmy z mięśniami brzucha bolącymi do śmiechu. “Nie chcę” ma doskonałe poczucie humoru. Jego cięty, czasem angielski żart idealnie trafiał do mnie.

Jako ludzie i instruktorzy często przechodzimy obok osób na pierwszy rzut oka innych. Omijamy ich, bo po co się męczyć, boimy się z nimi współpracować. Takie osoby są inne pozornie, tak naprawdę mają podobne możliwości jak każdy, kto pierwszy raz staje na lodzie. Wszyscy mamy taki sam start. 

Mam mały apel do rodziców osób z problemami: nie zamykajcie ich w domu. Oni naprawdę dadzą sobie radę na lodzie. Łyżwiarstwo i rolkarstwo figurowe osób dorosłych otwiera im możliwości startów, uczestniczenia w pewnej społeczności mimo problemów życia. Wiem, że dla osób, które mają problemy najważniejsza jest pełna akceptacja, traktowanie ich jak równych sobie i czerpanie szczęścia z tego co robią. 

Zajrzyjcie na Instagram annapanitrener